ŚP. Ojciec Mirosław Karczewski franciszkanin, misjonarz w Ekwadorze

 

W dniu 6 grudnia 2010 przed godziną 19.00 czasu ekwadorskiego w Santo Domingo de los Tsachilas (dawne Santo Domingo de los Colorados) został zamordowany ojciec Mirosław Karczewski, franciszkanin, misjonarz, gwardian i proboszcz. Na jego ciele były liczne rany cięte.

Ojciec Mirosław urodził się 16 maja 1965 w Połczynie Zdroju. Złożył uroczyste śluby zakonne 4 października 1991, a przyjął święcenia kapłańskie 22 maja 1993. Wyjechał na misje do Ekwadoru 12 sierpnia 1995. Był pionierem - jednym z założycieli naszej misji w Ekwadorze, gdzie nieustannie pracował aż do śmierci'. Przed wyjazdem na misje posługiwał w parafii pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy w Gdyni na Wzgórzu Świętego Maksymiliana.

Proszę o modlitwę za zamordowanego Ojca Mirka i za pozostałych naszych misjonarzy!

Tu zobaczysz
FILM
o ojcu
Mirosławie
.

Tu zobaczysz
FILM
o misjach
w Ekwadorze
.

Wspomnienie brata Sebastiana Lipki o śp. O. Mirosławie Karczewskim

(...) Od tamtych, tragicznych dni wiele zostało już napisane. Wiadomości o tym, co wydarzyło się owego dnia zostały opublikowane na wielu portalach internetowych i w licznych pismach...   Teraz przychodzi pora by dać świadectwo. Świadectwo życia człowieka oddanego bez reszty swojej pracy, swojemu powołaniu, całkowicie oddanego Bogu.

Ojciec Mirosław miał z pewnością w Ekwadorze wielu prawdziwych przyjaciół, co stwierdzić mogę po obejrzeniu zdjęć z pogrzebu. Tłumy ludzi, z których twarzy wyczytać można bez problemu, że znajdują się w takim momencie swojego życia, w którym tracą coś, co było dla nich bardzo cenne. Poczucie bezpieczeństwa wynikające nie tylko z popełnionego przestępstwa, ale ze straty jednego z tych, którzy im je dają. Kogoś, kto pokazywał im jak żyć, by, mimo wielu zewnętrznych ograniczeń, wewnątrz być prawdziwie wolnym. Kogoś, kto pozwalał im czuć się ważnym, potrzebnym i kochanym.

Również w Polsce ojciec Mirek miał, poza rodziną i braćmi w zakonie, wielu przyjaciół wśród tych, którym posługiwał jako duszpasterz. Napisałem wyżej, że to, co tu opowiem, będzie świadectwem, bo wydaje mi się, że mogę siebie zaliczyć do grona świadków jego życia, i uznać za jednego z przyjaciół, dla których był wzorem. Kiedy mówił o nas, często nazywał nas swoimi przyjaciółmi.

W Gdyni, mieście, z którego pochodzę, ojciec Mirek pracował dwa lata, od 1993 do 1995 roku. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz miałem zaledwie cztery lata, wyjechał po dwóch. Dlatego nie wiele pamiętam z czasu, gdy pracował w parafii św. Antoniego. Większość moich wspomnień z tamtych czasów pochodzi z opowieści rodziców, dla których o. Mirosław był z pewnością darem od Boga, o czym sami mówią z przekonaniem. Jeszcze do tego wrócę. Nasza znajomość nie zakończyła się z momentem wyjazdu ojca na misje, a raczej z czasem nasze relacje się umacniały, o czym też będzie mowa.

Często, wymieniając się opiniami z rodzicami, zauważaliśmy wspólnie, na podstawie obserwacji zmian w naszej parafii, że styl duszpasterstwa uległ pewnemu przeobrażeniu. Nie wiem, czy jest to wyraz zmiany naszego postrzegania formy duszpasterstwa, czy jej realna przemiana, mimo wszystko wnioski mieliśmy identyczne. Ojciec Mirek należał do pokolenia tych kapłanów, którzy nie chowali się w swoich klasztorach, nie ograniczali posługi kapłańskiej do obowiązku, który trzeba wykonać. Przeciwnie, on nie czekając, by ludzie przychodzili do niego sam ich szukał, wychodził im naprzeciw, pomagał przełamywać strach, wzbudzał ufność, pragnął przyciągać innych do Jezusa i czynił to odważnie z pełną ufnością, że Pan dla każdego ma konkretny plan. Wzrusza mnie opowieść moich rodziców o pierwszym spotkaniu z o. Mirkiem, dlatego chciałbym ją tutaj przytoczyć. Mianowicie po jednej z Eucharystii, podszedł do mojego taty ojciec i poprosił o spotkanie, chciał porozmawiać. Umówili się. W rozmowie ojciec Mirek zaproponował moim rodzicom by wstąpili do Domowego Kościoła, na co się zgodzili, a na koniec powiedział, że chce podarować im książkę taką, która, jak stwierdził, uczyłaby życia. Po krótkim namyśle przyniósł Pismo Święte. Było to wydanie Biblii Tysiąclecia, które rodzice mają do dziś. Od tamtego czasu nastąpił zwrot w życiu wiary moich rodziców. Troszczył się o nas jako duszpasterz, był przyjacielem. W 1994 roku ochrzcił moją siostrę. Jest to w naszej wspólnej historii dzień, do którego szczególnie chętnie wracamy pamięcią. Zwracał uwagę na szczegóły, nie pominął najdrobniejszej sytuacji by pomóc. Pamiętam jak kiedyś mojego, wówczas czteroletniego, brata bolał ząb. Gdy leżał na łóżku ojciec usiadł przy nim, położył dłoń na jego głowie i pocieszeniem starał się mu ulżyć. Niewielka rzecz, ale dla mnie bardzo wymowna.

Gdy ojciec był opiekunem ministrantów w naszej parafii grupa przeżywała prawdziwy rozkwit. Liczba chłopaków zaangażowanych w posługę przy ołtarzu była kilkakrotnie większa niż obecnie. Można by powiedzieć: „kiedyś były inne czasy”. Racja, ale czy tylko czasy były przyczyną tego rozwoju. Jestem przekonany, że nie. Ojciec Mirek walczył o ludzi. Myślę, że miał głęboką świadomość tego, kim jest, że jest rybakiem, który ma zarzucać sieci, wierząc, iż Bóg je napełni. I tak też się działo. Kiedy widział iskierkę nadziei na to, że kolejny ministrant może powiększyć grono wspólnoty sam szedł do jego rodziców prosząc by pozwolili mu służyć przy ołtarzu.

Od czasu wyjazdu z Polski ojciec Mirek odwiedzał Gdynię regularnie, co dwa lata, tak jak przypadał mu urlop. Obowiązkowo zatrzymywał się u swoich przyjaciół, których, jak łatwo było zauważyć, wzajemnie jednoczyła jego osoba. Uważaliśmy go za członka naszej rodziny. Gdy się pojawiał, nikt nie czuł się skrępowany, wręcz przeciwnie, wprowadzał atmosferę radości z bycia razem. Ja poznawałem lepiej ojca właśnie dzięki jego odwiedzinom. Stałe pytanie, które padało z jego ust w moim kierunku, wypowiadane z takim przekonaniem, że brzmiało bardziej jak twierdzenie, było mniej więcej następującej treści: „Kiedy kończysz szkołę? Pewnie wstąpisz do zakonu?”. Na co ja odpowiadałem: „nie wiem, ale raczej nie”. Wtedy ojciec zawsze dodawał: „pamiętaj, że łóżko w Ekwadorze już na ciebie czeka”. Te słowa zewnętrznie przeze mnie odpierane, pozostawały w mojej pamięci i nie pozwalały o sobie zapomnieć. Były jakby odzwierciedleniem pragnień, które przecież już w sobie nosiłem, a o których myślałem jeszcze raczej nieśmiało, nie mówiąc o wypowiadaniu ich na głos. Teraz to, co dotyczyło pierwszej części naszego dialogu jest już faktem. Jak będzie z drugą, wie pewnie tylko sam Bóg. To, co mnie zawsze urzekało w postawie ojca Mirka to to, że zawsze troszczył się najpierw o innych, a dopiero później myślał o sobie. Kiedy przyjeżdżał rozdawał nam „ekwadorskie upominki” nie oczekując nic w zamian, dzielił się tym co miał. Starał się też zawsze zabrać ze sobą z Polski coś, co będzie pomocne w pracy duszpasterskiej i przede wszystkim o takie sprawy zabiegał. Można było dostrzec, że był bardzo zaangażowany w problemy miejsca i ludzi, wśród których, na co dzień posługiwał.

Kiedy przez rodziców przekazywałem ojcu informacje o moich pierwszych ślubach zakonnych, zapraszając go, oczywiście ze świadomością, że odległość pomiędzy Polską i Ekwadorem jest zbyt duża, żeby mógł „wyskoczyć” na jeden dzień, obiecywał, że choć na śluby nie będzie mógł przyjechać, na święceniach będzie obowiązkowo. Teraz jestem już pewien, że jeżeli Pan da mi doczekać chwili święceń kapłańskich, ojciec Mirek tym razem tam będzie.

 

CURRICULUM VITAE śp. O. Mirosława Karczewskiego

Ojciec Mirosław Józef Karczewski urodził się 16 maja 1965 roku w Połczynie Zdroju (Diecezja Koszalińsko – Kołobrzeska) w wielodzietnej rodzinie Antoniego i Stanisławy zd. Przybysz. Dnia 6 czerwca 1965 roku w kościele w Rąbinie przyjął chrzest święty. Rodzicami chrzestnymi byli Genowefa Nachyła i Stanisław Stępień. Dzieciństwo spędził w rodzinnym Głodzinie, koło Lipia. Do szkoły podstawowej uczęszczał w pobliskim Rąbinie. W roku 1980 rozpoczął naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Kołobrzegu, mieszkając w tym czasie u swej starszej siostry. Po ukończeniu pierwszej klasy licealnej poprosił o przyjęcie do Niższego Seminarium Duchownego Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie. Po maturze w roku 1986 został przyjęty do Prowincji Świętego Maksymiliana Marii Kolbego Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych i odbył roczny nowicjat w Smardzewicach pod kierunkiem Ojca Magistra Mikołaja Walczaka. Od października 1987 do maja 1993 studiował filozofię i teologię w Wyższym Seminarium Duchownym O.O. Franciszkanów w Łodzi – Łagiewnikach. Magisterium z teologii uzyskał w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pisząc pracę p.t. „Teologia pracy wg Wczesnych Źródeł Franciszkańskich”. Profesję wieczystą złożył 4 października 1991 roku w Łodzi – Łagiewnikach, tam również otrzymał 6 czerwca 1992 roku święcenia diakonatu. Święcenia kapłańskie w stopniu prezbiteratu przyjął wraz z całym swoim kursem dnia 22 maja 1993 w kościele parafialnym pw. Krzyża Świętego w Koszalinie z rąk J.E. Księdza Biskupa Czesława Domina. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej w parafii i klasztorze w Gdyni. W roku 1995 wyjeżdża do pracy misyjnej w Ekwadorze. Tam pełni różne funkcje i obowiązki. Jest magistrem postulatu i junioratu w Domu Formacyjnym w Tulcán (1999 – 2001), pracuje duszpastersko w Shushufindii, w Amazonii (2001 – 2006), a od roku 2006 zostaje przeniesiony do klasztoru w Santo Domingo, gdzie obejmuje urząd gwardiana oraz proboszcza parafii.

Ziemska pielgrzymka o. Mirosława Karczewskiego została gwałtownie przerwana dnia 6 grudnia 2010. W godzinach popołudniowych został napadnięty i brutalnie zamordowany przez nieznanych sprawców w swoim klasztorze. Odszedł od nas w 46 roku życia. W Zakonie przeżył 24 lata, w kapłaństwie lat 17, z tego 15 lat na misjach. Pogrzeb Ojca Mirosława odbył się w czwartek dnia 9 grudnia b.r. w Santo Domingo w Ekwadorze pod przewodnictwem Biskupa Diecezjalnego, z licznym udziałem współbraci, duchowieństwa i wiernych.

W sobotę, 11 grudnia 2010 w kościele parafialnym pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Kołobrzegu, o godz. 11.00 oprawiona została Msza święta żałobna za zmarłego Ojca Mirosława. Koncelebrze przewodniczył Ksiądz Biskup Paweł Cieślik, biskup pomocniczy Diecezji Koszalińsko – Kołobrzeskiej. Homilię wygłosił minister prowincjalny, o. Adam Kalinowski. W uroczystościach wzięło udział rodzeństwo i rodzina Zmarłego, znajomi i przyjaciele. Licznie reprezentowane były klasztory Prowincji Gdańskiej oraz duchowieństwo dekanatu kołobrzeskiego. Obecny był również Wikariusz Prowincji Krakowskiej Franciszkanów o. Paweł Dybka oraz ks. Janusz Paciorek, delegat Księdza Biskupa Skworca, przewodniczącego Komisji Episkopatu Polski ds. Misji.

Ojciec Mirosław od początku swej drogi powołania zakonnego i kapłańskiego pragnął głosić prawdę Ewangelii i pomagać ludziom odnajdywać drogę do prawdziwego Boga. W opiniach z Nowicjatu, przedstawiony jest jako brat dobry, prawy, uczuciowy, sumienny, obowiązkowy, nacechowany szacunkiem, szczery, o głębokiej duchowości, z poczuciem odpowiedzialności i zatroskania. Wychowawcy w Seminarium w Łagiewnikach piszą o nim: „jest koleżeński, usłużny, życzliwy, zawsze uśmiechnięty i sympatyczny. W polu jego szczególnego zainteresowania jest praca z głuchoniemymi”. Prosząc o dopuszczenie do ślubów wieczystych brat Mirosław wyraża gotowość pracy na misjach. Dwa lata później pisze ponownie do swojego przełożonego: „Najprzewielebniejszy Ojcze Prowincjale dowiedziałem się, że Ojciec Prowincjał otrzymał na Kapitule Nadzwyczajnej „zielone światło” na załatwienie przyjęcia nowej misji w Ekwadorze. Z tej to okazji pragnę wyrazić i przypomnieć mą gotowość pracy i poświęcenia się dla Boga i ludzi również na terenach misyjnych wspomnianego kraju”. Cieszy się też bardzo z decyzji o wysłaniu go na misje do Ekwadoru.

Ksiądz Antoni Zieliński, proboszcz parafii w Lipiu, do której należała Rodzina Państwa Karczewskich, wystawiając w 1981 roku szesnastoletniemu Mirkowi opinię przed przyjęciem do Niższego Seminarium napisał m.in.: „Mirka znam od trzech lat (...). Nie chcę go chwalić, ale to co widziałem zasługuje na pochwałę. Jest zawsze w kościele, przystępuje do Komunii św., jest ministrantem, troszczy się o swój kościół filialny (np. sprząta). (...) Uważam, że może zrobić dużo dobrego dla sprawy Chrystusa (...)”. Te słowa wypełniły się w pełni w życiu i posłudze misyjnej Ojca Mirosława.

Tracimy więc w Nim nie tylko kochanego brata, wujka, krewnego, wiernego przyjaciela, lecz również autentycznego franciszkanina, dobrego kapłana, gorliwego misjonarza, zaangażowanego duszpasterza i niestrudzonego w pracy proboszcza. Tracimy człowieka, chrześcijanina, który swoje życie poświęcił dla innych, służąc i pomagając tym, których Bóg postawił na jego drodze. Prosimy w pokornej modlitwie Pana Życia, aby przyjął do swojej chwały tragicznie zmarłego Ojca Mirosława, a nam pozwolił czerpać siły do codziennego pielgrzymowania na tym świecie z wiary w zwycięstwo Chrystusa nad złem, śmiercią i grzechem.

Maryi Niepokalanej oddajemy bogate, intensywne, aktywne, choć krótkie, życie naszego Współbrata. Zostało ono bezlitośnie przerwane na dzień przed świętem Jej Niepokalanego Poczęcia. Wierzymy, że wraz z Nią będzie mógł chwalić Boga w Niebie bez końca.

(opr. Adam M. Kalinowski OFMConv.)

 

Homilia wygłoszona przez Ojca Prowincjała Agama Kalinowskiego
podczas Mszy świętej żałobnej za śp. Ojca Mirosława Karczewskiego w Kołobrzegu, 11 grudnia 2010

1 Tes 4, 13–14.17b–18. Ps 25. Mt 25, 31-46.

Jak złodziej w nocy – wśród ciszy, snu, nagle i niespodziewanie – dotarła do nas wiadomość o śmierci Ojca Mirka. W nocy z 6 na 7 grudnia, około 2. 30 polskiego czasu. Współbracia, którzy dzwonili z Ekwadoru nie wiedzieli dużo więcej od nas. Dostali wiadomość od wiernych z Santo Domingo – Fray Mirek został zabity. Przez kogo, w jaki sposób? Nie było wiadomo. Pierwszy fax, który przyszedł do Gdańska z Tulcán, od Ojca Maurycego, delegata prowincjała na Ekwador, mówił, że Mirek został zastrzelony, to okazało się nieprawdą.

Jak złodziej w nocy – tak przyszła śmierć do Ojca Mirosława. Nie wiemy dotąd kto był jej heroldem, kto sprowadził ją na Mirka. Nie wiemy czy sam wpuścił swoich katów do domu, czy też włamali się skrycie w godzinach sjesty do klasztoru. Nie wiemy czy ich znał i czy wiedział po co tak naprawdę przychodzą. To, co wiemy przeraża nas. W dniu 6 grudnia, w którym dzieci na całym świecie otrzymują prezenty od Świętego Mikołaja, nasz kochany Współbrat, Wasz – Kochana Rodzino – Brat, Wujek, Krewny, został napadnięty i po długich chwilach walki brutalnie zamordowany, śmiertelnie poraniony z pomocą noża. Nie mógł już więc odprawić w kościele z wiernymi kolejnego dnia Nowenny przez Niepokalaną.

Jak złodziej w nocy – tak przyszła na Mirka ostatnia godzina jego życia, które rozpoczęło się w Polsce, niedaleko stąd, 45 lat temu. Ostatnia godzina jego posługi w Ekwadorze, w misji, którą zakładał wspólnie ze współbraćmi przed piętnastu laty. Mnóstwo pytań i niepewności jest w nas i rodzi się wciąż. I tak z pewnością będzie. Czy otrzymamy odpowiedzi na pytanie dlaczego zginął i dlaczego w taki sposób? Chcielibyśmy się dowiedzieć tego, lecz czy to będzie możliwe? Nie wiadomo. Policja i władze ekwadorskie zajmują się sprawą. Nuncjusz, biskup, polski konsul honorowy w Ekwadorze czuwają. Czy to wystarczy? Wiele odpowiedzi na nasze pytania ojciec Mirek zabrał ze sobą. Od Niego nie dowiemy się już niczego.

Jedno jest pewne. Śmierć jaką zginął była okrutna, gwałtowna, bolesna. Dla takiej śmierci nie ma wyjaśnienia. Ona była nieludzka. Najwięksi zbrodniarze skazani przez sądy nie są karani taką śmiercią. A co dopiero niewinny człowiek. Zakonnik, kapłan, misjonarz, który swoje życie oddał dla drugich. Który chciał innym głosić Chrystusa, Jego Ewangelię, Jego Miłość, Jego przebaczenie, Jego dobroć. Który opuścił swoich najbliższych i swoją ojczyznę, aby pomagać innym, aby budować Kościół lokalny na ekwadorskiej ziemi, aby organizować pomoc ubogim, katechizować dzieci i młodzież, być narzędziem pokoju, pocieszać, umacniać, budzić nadzieję na lepsze jutro.

Ktoś postanowił, że ten człowiek musi umrzeć. Czy była to zaplanowana i przemyślana akcja, czy tylko gwałtowna reakcja na coś – również nie wiemy. Zły człowiek, źli ludzie dopuścili się zbrodni na drugim człowieku. Na człowieku, który – tak go znałem osobiście – tak znaliśmy go prawie wszyscy – był otwarty na każdego, uśmiechnięty, radosny, spontaniczny, chętny do pomocy. Mogę powiedzieć, że gdy mógł coś dobrego zrobić, to nigdy nie odmawiał.

Biskup Santo Domingo Wilson Moncayo podczas pogrzebu w miniony czwartek pytał zgromadzonych wiernych: Kainie, gdzie jest brat Twój Abel? Pytał słowami Boga, z Księgi Rodzaju. Bo przecież każdy z nas powinien czuć się odpowiedzialny za swojego brata, za drugiego człowieka. Ale tak nie jest. Nie jest tak w Ekwadorze i nie jest tak u nas. Losy drugiego człowieka są nam często obojętne. Zwłaszcza jeśli jest to ktoś obcy. Lecz, kochani, Mirkowi ludzie nie byli obcy. On był otwarty na nieznajomych, na przygodnie spotkanych, na parafian, których nie zawsze znał osobiście, na przychodzących do naszych wspólnot. Czy to już wtedy w Seminarium w Łodzi – Łagiewnikach, gdy pracował z głuchoniemymi, czy w Gdyni, czy też w różnych miejscach Ekwadoru. Dla niego człowiek, z którym stawał twarzą w twarz, nie był już obcy. On był dla niego bliźnim, bratem, Bożym stworzeniem.

Powiemy może. I co to mu dało? Gdyby był bardziej nieufny i nie taki otwarty, to może by żył? Jezus powiedział kiedyś do swoich uczniów słowa, które ich zaszokowały. „Jeśli ktoś chce zachować swoje życie, straci je. A jeśli ktoś straci swoje życie z mego powodu. Ten je zachowa na życie wieczne”. Mirek tracił swoje życie z powodu Chrystusa i dla Chrystusa. I to codziennie. On stojąc przed Tronem Bożym – zgodnie zgodnie z opisem usłyszanej przed chwilą Ewangelii – nie będzie miał problemów z tym, aby dostać się na prawą stronę Króla, na stronę owiec, a nie kozłów. Bo głodnym dawał jeść, spragnionym pić, podróżującym i bezdomnym udzielał schronienia, rozdawał odzież, tym którzy jej nie mieli, odwiedzał chorych, namaszczał ich, przynosił im Ciało Chrystusa. Umarłych grzebał, a płaczących pocieszał i płakał wraz z nimi. Nie obce były dla niego odwiedziny w więzieniu i spotkania z uwięzionymi. Jego codzienna zakonna, kapłańska i misyjna posługa była traceniem życia dla Chrystusa, dla dobra Kościoła, po to, aby Ewangelia, aby Słowo Boże rozszerzało się i rosło. Aby w ludziach dojrzewało Królestwo Boże.

Sceptycy powiedzą znowu. I na co mu to przyszło? Czy coś zmienił? Ludzie z parafii Ojca Mirka w Santo Domingo, a także ci, którym służył w Shushufindi i w Tulcán mówili, także do mnie podczas wizytacji, że Ojciec Mirek daje im nadzieję, że jest z nimi i dla nich, że czują, że ich kocha, że im służy. Wiedzieli, że jest wymagający, że potrafi postawić na swoim, że walczy w słusznej sprawie, że nie boi się tych, którzy mają inne zdanie, że ma swoją wizję, którą chce zrealizować. Lecz większość czuła jego dobre intencje i widziała dobre owoce jego pracy.

Dlaczego Pan Bóg dopuszcza coś takiego, taki mord? Dopuszcza zło na świecie? Od chwili grzechu, o którym czytamy w Księdze Rodzaju, gdy Adam zjadł owoc z drzewa, z którego nie miał jeść, człowiek zaczął próbować być szczęśliwym w oderwaniu od swego Stwórcy. I wszędzie tam gdzie kontynuowany jest proces budowania szczęścia tu na ziemi bez Boga dochodziło, dochodzi i będzie dochodzić do tragedii, do nienawiści, do zbrodni, do zabójstw, do wojen, do terroru, do gwałtów. Szatan zbiera żniwo tam gdzie zło rozwija się w walce z Bogiem i Jego Królestwem.

Papież Benedykt XVI w swoim wywiadzie udzielonym niemieckiemu dziennikarzowi i niedawno opublikowanym w książce p.t. „Światłość świata”, powołuje się na doświadczenie biskupów ameryki południowej przybywających do Rzymu z wizytą ad limina apostolorum. Mówi, że w krajach, przez które przebiega szlak narkotyków, uprawy, produkcji i handlu, biskupi mają wrażenie jak gdyby ogromna, straszna bestia położyła swoją łapę na wszystko, niszcząc godność człowieka, niszcząc dzieci, młodzież, rodziny, deprawując i zagrażając przyszłości.

Taki stan rzeczy, o którym mówi Papież, że my – porządni chrześcijanie – nie wiele o nim wiemy, lub nie chcemy wiedzieć, jest przyczyną powszechnego zła w świecie.

Ekwador, razem z wieloma innymi krajami Ameryki Południowej, jest niestety w centrum tego zagrożenia, tej potwornej zarazy i choroby zabijającej życie.

Misjonarze robią wszystko, aby siać dobre ziarno, aby budować nowe struktury, przekazywać Dobrą Nowinę o Zbawieniu. W Santo Domingo prowadzone jest przez naszych misjonarzy dzieło „Radość Życia” – dla dzieci i rodzin. Lecz to nie wystarcza.

Mówiło się zawsze w Kościele, że krew wyznawców Chrystusa jest zaczynem wzrostu Królestwa Bożego. Niewinna krew krzyczy do Boga, jak krew Abla zabitego przez swojego brata, Kaina. Jak Krew Jezusa, Baranka zabitego na Krzyżu.

Krew zamordowanego Ojca Mirosława Karczewskiego krzyczy, w Ekwadorze i w Polsce. Domaga się od nas – nie zemsty – lecz jeszcze większego świadectwa miłości. Jeszcze większego zaangażowania dla dobra człowieka, dla jego zbawienia. I do tego jesteśmy powołani my wszyscy, bez wyjątku. Bo misjonarzem – czyli świadkiem miłości Boga do człowieka – może być każdy chrześcijanin, bez względu na miejsce, w którym żyje.

Chrystus, który umarł jako niewinny człowiek i Boży Syn, przelał swoją krew na Krzyżu, cierpiał mękę i ból, objął w Godzinie swej Paschy swoją Śmiercią wszystkich, którzy umierają w Nim, wszystkich, którzy dla Niego żyją, wszystkich, którzy w Niego wierzą. W śmierć krzyżową, męczeńską Chrystusa jest wpisana również krwawa śmierć naszego Brata, misjonarza z Ekwadoru.

Czy to co mówię wystarczy, aby pocieszyć tych, którzy dzisiaj płaczą i cierpią, bo odszedł, ktoś kogo kochali? Czy słowa w ogóle mogą pocieszyć?

Kochane Rodzeństwo Mirka, kochane Siostry, kochany Bracie? Czy ktoś jest w stanie Was i Wasze dzieci pocieszyć? Dla Was to pogrzeb – i to szczególny, dziwny, podwójnie bolesny, bo bez trumny z ciałem waszego brata. To już piąte z rodzeństwa, które odchodzi. A mama urodziła jedenaścioro dzieci. Mały Kaziu, Czesław, Tadeusz i Marianna odeszli wcześniej. I Rodziców już nie ma. Sześcioro Was jeszcze zostaje. (Józia, Krystyna, Teresa, Grażyna, Cecylia, Stanisław). Kochani! Cóż mogę Wam jeszcze powiedzieć? Wiecie sami kim był Mirek i jak dobrym był człowiekiem. Teraz go nie ma i nigdy już tu z nami nie będzie. Mogę jedynie i chcę Wam powtórzyć te słowa, które pisał Apostoł Paweł do Kościoła w Tesalonikach. „Nie chcę byście się smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei.” Bo Chrystus i Jego zmartwychwstanie jest naszą nadzieją. Bo Bóg, który wyprowadził Jezusa z grobu śmierci, wraz z Nim wyprowadzi do życia tych, którzy umarli w Jezusie. „I w ten sposób zawsze będziemy z Panem.” Święty Paweł dodaje również: „Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami”.

– Was i siebie pocieszyć, Bracia Mirka w Zakonie też cierpią. Nasz brat Mirek, który umarł w Jezusie, bo żył dla Jezusa, dla Jego Ewangelii, dla Jego Miłości – choć słaby, grzeszny i niepozbawiony wad, wraz z Jezusem ma życie u Boga, gdzie nie ma już cierpienia, bólu i żałoby. Ufamy, że nikt, kto w Bogu pokłada nadzieję, nie dozna zawodu.

Dlatego w Nim chcemy, także dzisiaj podczas tej uroczystej koncelebrowanej Eucharystii, na nowo złożyć naszą nadzieję w Bogu, powtarzając słowa psalmisty: Uwolnij moje serce od smutku, wyzwól mnie od udręki (…) by nie spotkał mnie zawód, gdy uciekam się do Ciebie (por. Ps. 25).

 

List Ojca Gererała Zakonu, O. Marco Tasca.

Rzym, 11 grudnia 2010

Najdrożsi,

Z ogromnym smutkiem i bólem przyjęliśmy wiadomość o tragicznej śmierci naszego brata Mirosława. Tak jak dla was, tak i dla nas wszystkich pozostaje ona bolesną zagadką, której sens trudno dziś dostrzec ludzkimi oczami, a który w Planie Bożym objawi się w przyszłości i – miejmy nadzieję – przyniesie dobry owoc.

W chwili, kiedy gromadzicie się na uroczystości żałobnej dzielę z wami słowa braterskiej solidarności i bliskości w cierpieniu po stracie współbrata. Kieruję je do wszystkich braci z Prowincji św. Maksymiliana, a szczególnie do tych z misji w Ekwadorze, z którymi Mirosław dzielił codzienne życie, pracę, trudy, marzenia. Mirosław był jednym z pierwszych, którzy 15 lat temu odpowiedzieli na zaproszenie i wyruszyli do dalekiego kraju na równiku, aby nieść posługę Ewangelii i dar naszego charyzmatu. Dziś jako pierwszy spośród braci-misjonarzy spoczął w ziemi swojej posługi.

Umocniony chrześcijańską nadzieją na zmartwychwstanie i życie wieczne w domu Ojca powierzam życie i śmierć Mirosława Miłosierdziu Bożemu. Jako kapłan, a także jako proboszcz Mirosław utwierdzał powierzonych sobie ludzi w wierze i wierności Panu. Niech Pan wynagrodzi jego posługę i obdarzy go życiem w obfitości!

Łączę się także w cierpieniu z rodzeństwem Mirosława, rodziną i bliskimi dziękując jeszcze raz Bogu za to, że w osobie Mirosława skrzyżował nasze ścieżki, że połączył więzy krwi i więzy ducha dla dobra ludu Bożego i dla dobra nas wszystkich. Dziękuję Panu Najwyższemu za wszystko czego dokonał przez życie, powołanie i posługę Mirosława i czego jeszcze w nas wszystkich dokona.

Pragnę zapewnić was o wielkim świadectwie modlitwy, która w tych dniach zanoszona jest za Mirosława i za współbraci w Ekwadorze w wielu wspólnotach naszego Zakonu i środowiskach bliskich nam, rozsianych po całym świecie. Do tej modlitwy dołączam się wraz z innymi z nadzieją, że Bóg w tych dniach jest szczególnie blisko nas. Niech On udzieli nam pokoju i bezpieczeństwa, niech nas pociesza, umacnia, dodaje odwagi i nadziei i niech nam błogosławi!

Fr Marco Tasca

Minister generalny